Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Domowa spiżarnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Domowa spiżarnia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 kwietnia 2014

Limonkowy curd, czyli odczarowywanie świąt


U nas w rodzinie nikt nie je mazurków poza jedną osobą, a rodzina dość liczna jest. Wynika to z tego, że tradycyjny mazurek jest zbyt... słodki. Jedliśmy już różne jego rodzaje, ale do tej pory jakoś ten gatunek ciasta kojarzy nam się z ulepkiem nie do przełknięcia. Dlatego w tym roku stwierdziłam, że odczaruję naszą świecką tradycję niejedzenia mazurków. Postanowiłam zastąpić cukrową pomadę limonkowym curdem. Sam w sobie też jest słodki, ale ponieważ limonki nadają mu kwaśność, więc da się go przełknąć. Oczywiście taka pomada nadaje się również do innych ciast, a znam też niektórych, którzy takowy curd potrafią jeść łyżeczką, bądź też jako smarowidło do chleba, podobne do nutelli. Od razu mówię, jest z fruktozą.


Limonkowy curd

- sok z 3 limonek
- skórka starta z 1 limonki
- 2 łyżki masła
- 1/2 szklanki fruktozy
- 3 jajka

Masło rozpuszczamy w garnuszku. Dodajemy wszystkie składniki i ciągle mieszając gotujemy kilka minut aż zgęstnieje (około 10 minut). Odstawić do ostygnięcia. Chłodny curd przełożyć do słoika i zakryć wieczkiem, ewentualnie od razu na ciasto. Można go zamkniętego przechowywać w lodówce do tygodnia.


Domowy Wyrób

sobota, 12 kwietnia 2014

Dieta oparta na niskim indeksie glikemicznym i domowy majonez dla diabetyków




 Od wielu lat pokutuje w nas przekonanie, że powinniśmy dostarczać taką, a nie inną ilość kalorii do organizmu i wystarczy ograniczyć ich ilość do tego by schudnąć. Przekonanie jest o tyle błędne, że w rezultacie możemy doprowadzić do przytycia lub niedożywienia. Dlaczego? Bo kaloria, kalorii nie jest bynajmniej równa. Przykładem mogą być wszelkie produkty light. Co z tego, że mają obniżoną zawartość tłuszczu, gdy tak naprawdę zwiększona ilość tzw. szybkich węglowodanów, w tym cukru, sprawia, że tyłki rosną. I mimo, że społeczeństwo na całym świecie spożywa coraz mniej tłuszczów, to jest coraz bardziej otyłe, prawda? Poza tym, na lekcjach biologii w starym systemie edukacji (nie widzę, że byłoby to uskuteczniane teraz), podkreślano jaką ważną rolę odgrywa tłuszcz, szczególnie zwierzęcy. To dzięki niemu możemy dostarczyć odpowiednią ilość witamin do organizmu, ponieważ większość z nich właśnie w tym tłuszczu się rozpuszcza. Także, kochani, to nie tędy droga.

Dobrze, wróćmy do IG. Wyobraźcie sobie, bądź przeprowadźcie eksperyment. Zjedzcie batonik i poobserwujcie siebie. W pierwszych kilku momentach będziecie weselsi, wręcz ożywieni. A potem... Potem następuje wyrzut insuliny do krwi i poziom cukru gwałtownie się obniża. Taka huśtawka sprawia, że mamy za chwilę ochotę na coś jeszcze. Najlepiej słodkiego, prawda? I co z tego, że wiemy, że zbyt wysoki poziom cukru we krwi jest zabójczy, kiedy tak po nim fajnie się czujemy? Niestety po jakimś czasu takiego odżywiania robimy się coraz bardziej ospali, wypruci z wszelkiej energii. Uzależniamy się od dużej ilości cukru, stąd właśnie te napady na słodkie, które my kobiety nazywamy napięciem przedmiesiączkowym ;). Kolejnym negatywnym aspektem jest stawanie się przez nasze komórki niewrażliwymi na insulinę. Łatwo to sobie uzmysłowić na obrazku naskórka na dłoniach osób pracujących fizycznie. Z wiekiem jest coraz grubsza, twardsza i ciężko ją przebić. Teraz wyobraźcie sobie, że ta dłoń to pojedyncze komórki receptorów. Im dłużej i mocniej są atakowane przez insulinę, tym bardziej stają się one na nią odporne. No i po trzecie, insulina przyczynia się do spowolnienia spalania tłuszczu, a co za tym idzie, zaczyna się on odkładać tu i ówdzie.
Biorąc pod uwagę trzy grupy produktów: białka, tłuszcze i węglowodany, te pierwsze mają naprawdę minimalny wpływ na poziom cukru we krwi, te drugie absolutnie żadnego, a ostatnie największy. Dlatego tak ważne jest byśmy wybierali produkty o niskim indeksie glikemicznym, czyli patrzymy na ich jakość, a nie ilość. Produkty o wysokim IG zostają natychmiast rozłożone i powodują gwałtowny skok najpierw glukozy, a potem insuliny we krwi. Takimi przykładowymi węglowodanami z wysokim IG są np ziemniaki w każdej postaci, oczywiście nasz zwykły cukier zwany sacharozą, biały ryż i pieczywo).

Co zrobić, by zacząć odżywiać się i żyć zgodnie z tym modelem żywieniowym? Chcecie wiedzieć więcej? Zostawcie komentarz, bo to od Was zależy czy pojawią się kolejne notki o IG i ŁG.


A teraz, żeby nie być gołosłowną:


Domowy majonez z czosnkiem

- 2 żółtka
- 1 łyżeczka musztardy dijon
- 2 łyżeczki octu jabłkowego
- sól i biały pieprz
- 200 ml oleju z pestek winogron
- 1 ząbek czosnku

Żółtka ubijamy wraz z musztardą, przeciśniętym przez praskę czosnkiem, solą i pieprzem na najniższych obrotach do połączenia się składników. Nie przerywając miksowania, dodajemy delikatnie olej (dosłownie po większej kropli). Gdy majonez zacznie gęstnieć, dodajemy ocet i możemy przyspieszyć dodawanie oleju do cienkiego strumienia. Gotowy majonez przekładamy do słoiczka/ów.
 Oczywiście zamiast czosnku możemy np. dodać chilli lub nie dodawać go wcale.
Smacznego!

Węglowodany: 0g
ŁG 0

Domowy Wyrób

czwartek, 20 marca 2014

W poszukiwaniu składników na żur, czyli domowy zakwas


Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, w pewnym komunistycznym jeszcze kraju można było kupić dobry zakwas na żurek. I tak jak nasza kochana Oświecona Pomroczna 3 i 4 RP sprawiły, że wyprzedano co lepsze zakłady trudniące się ogólnie pojętą produkcją gastronomiczną, tak dobrego zakwasu ze świecą szukać. Pozostaje więc nam zrobić go własnoręcznie. Od razu odpowiednio doprawiony do naszego gustu. I pamiętamy: zakwas na żurek robi się z mąki ŻYTNIEJ, a na barszcz biały z PSZENNEJ. Właśnie tym się różnią owe tradycyjne polskie zupy.
Mój pierwszy zakwas na żurek powstał w sumie przez przypadek. Nastawiłam zakwas na chleb, a gdy przyjechała moja teściowa w odwiedziny, stwierdziła, że jak dodamy do niego przypraw, to za dwa dni będzie żur. Oczywiście przystałam ochoczo na tę propozycję. I tak właśnie powstał mój pierwszy, własnoręczny żurek pod okiem teściowej.


Zakwas na żurek:
- 8 łyżek mąki żytniej razowej
- 2 duże ząbki czosnku
- łyżeczka majeranku
- letnia przegotowana woda około 0,7l 


Do litrowego słoja, bądź glinianego naczynia wsypujemy mąkę, wrzucamy dość grubo pokrojony czosnek i majeranek. Zalewamy wodą, mieszamy i przykrywamy gazą, bądź ściereczką. Odstawiamy słój na 3-4 dni w ciepłe miejsce. W międzyczasie, gdy się kisi musimy od czasu do czasu mieszać, inaczej może nam wyjść ze słoika ;)

Gotowy zakwas wlewamy do gotującej się zupy, pamiętając , żeby zostawić go trochę. Dzięki temu, gdy będziemy robić następny, znacznie skrócimy czas kiszenia i będziemy potrzebować już tylko pięciu łyżek mąki. Resztki zakwasu można przechowywać nawet 3 miesiące.

Smacznego!

Domowy Wyrób

niedziela, 9 marca 2014

Masło migdałowe


Ostatnio w pracy rozmawiałam na temat masła orzechowego. Podobno ktoś kiedyś widział takowe bez żadnych ulepszaczy i to do kupienia. Przy czym nie było to masło z orzechów ziemnych, tylko wszelakiej maści. Od nerkowców po słonecznika i wszystko w jednym słoiku. Niestety poszukiwania spełzły na niczym. Jednakowoż myśl o maśle jakoś się w moim łbie zagnieździła i co jakiś czas powracała. Niedawno, przeglądając szafki, natrafiłam na migdały. Oczywiście najpierw kilka wpakowałam sobie do ust, bo jednak co mandle, to mandle. Na początku pomyślałam, że może by tak machnąć marcepanik. Aczkolwiek znając mnie, to po 5 minutach by już go nie było to raz, a dwa, że w domu procentów brak. No niedoczekanie moje. Zemdli mnie chyba od procesowania myślowego. Dlatego idea o maśle wypłynęła dość szybko i zawładnęła mną. A wykonanie jest banalnie proste



Masło migdałowe

- 200g migdałów
- szczypta soli morskiej

Migdały wykładamy na blachę  i prażymy w temperaturze 180 st C przez 10 minut. Staną się wtedy kruche i nie zarżną nam miksera/blendera. Następnie wrzucamy do miski i mielimy. Może to potrwać nawet kilkanaście minut. Dosalamy solą morską i już. Alles. Prawda, że proste? Żeby nie powiedzieć "prostackie".

Smacznego!





Domowy Wyrób

czwartek, 27 lutego 2014

Solony karmel, czyli najlepszy dodatek do wszystkiego ;)


Kilkanaście/siąt lat temu uważałam, że zrobić karmel, to jest wyższa szkoła jazdy. Tak o tym opowiadały wszelkie gospodynie domowe. Dzisiaj podejrzewam, że mówiły tak dlatego, że gorący karmel ma temperaturę znacznie wyższą niż wrząca woda i do tego szybko zasycha, co jest po prostu niebezpieczne. Tak, więc nasze matki znalazły sposób, aby ostudzić nasze cukiernicze zapędy. Chyba...
Dzisiaj uważam, że dobry karmel nie jest zły, a wręcz jest czymś niezastąpionym. Szczególnie solony karmel jest moją miłością największą. Sól w końcu wydobywa jego słodycz. Właśnie dlatego zawsze jej szczyptę wrzucamy do ciasta.

Jak Wam dobrze wiadomo, ostatnimi czasy przewartościowuję swoją dietę, wykluczając z niej wysoki indeks glikemiczny, dlatego też karmel tworzony przeze mnie, jest robiony z fruktozy.  A więc.... (pani polonistka właśnie się zgorszyła) przystępujemy do dzieła.



Solony karmel

- pół szklanki fruktozy
- 2 łyżki wody
- 50 g masła klarowanego
- 50 g śmietanki
- szczypta soli morskiej


  W rondlu o grubym dnie mieszamy fruktozę z wodą i podgrzewamy. Nie mieszamy aż do momentu, gdy mikstura zacznie brązowieć. Już teraz czuć zapach karmelu. Mała dygresja, karmel robiony z fruktozy brązowieje odrobinę dłużej niż ten z cukru kryształu. Dodajemy masło, które mocno spieni całość. Gdy już się rozpuści powoli dodajemy śmietankę ostro mieszając. Na koniec dodajemy szczyptę soli przepuszczoną przez młynek voila!

Smacznego!

P.S.1 Jemy, gdy troszkę przestygnie, gdyż ryzykujemy potwornymi poparzeniami. Ale czego się nie poświęci, jak się człek doczekać nie może? ;)
P.S.2 Masło należy być klarowane, inaczej białko, które się zetnie, po prostu się spali i karmel nie będzie już taki dobry.

Domowy Wyrób

wtorek, 4 lutego 2014

Catch up! Czyli ketchup pomidorowo-morelowy



Przeglądając otchłanie internetu, natknęłam się na przepis na ketchup śliwkowy (wybaczcie, nie pamiętam już u kogo). Pierwszą moją myślą było: cholerka, ale jak to ze śliwek? Potem wgryzłam się bardziej w temat ketchupu jako takiego. Okazuje się, że (powtarzając za Wikipedią) ketchup jako sos pomidorowy sięga XIX wieku, jednakże jego poprzednik był chińską "zaprawą do ryb" zwaną kôe-chiap. Dopiero pod koniec XVII wieku dotarł on do Europy i zaczął funkcjonować pod nazwą catsup lub catchup.

Jak już wspomniałam na początku, ketchup nie miał w swoim składzie pomidorów, gdyż jest to stosunkowo nowy wynalazek. Za to był robiony z wielu innych składników, najczęściej owoców. Kolejna moją myślą było: a może by tak połączyć pomidory z jakimś słodkim owocem? Pierwszym świeżym słodyczem jaki mi przyszedł do łba była morela. Oczywiście robiąc wszystko "na winie" (co się nawinie, to do gara) powstał sos pomidorowo - morelowy, zwany morelowym ketchupem. Zaskakująco dobry. Idealny do hamburgerów, mięs, kanapek i innych parówek.


Ketchup morelowy

- 1 mała cebula
- 2 duże pomidory
- pół szklanki suszonych moreli
- 1 ząbek czosnku
- pół szklanki białego octu winnego 
- pół szklanki wody
- niecałe ćwierć szklanki fruktozy (można użyć cukru)
- przyprawy: czerwona papryka, gałka muszkatołowa, sól, pieprz cayenne, sproszkowany imbir, sól
- oliwa


W rondlu, podgrzewamy oliwę i szklimy na niej posiekaną w kostkę cebulę i zmiażdżony (wyciśnięty przez praskę) czosnek. Dodajemy pokrojone w kostkę morele, pokrojonego w kostkę pomidora (bez skory i pestek), wodę, ocet, fruktozę i przyprawy. Gotujemy do zmięknięcia moreli, czyli jakieś 15 minut. Gdy już owoce są miękkie, bierzemy w łapki blender i miksujemy na gładką masę. Schładzamy i viola - morelowy ketchup gotowy.


Smacznego!

Domowy Wyrób

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Rozgrzewający dżem morelowy

W zimniejsze dni mamy zazwyczaj ochotę na coś słodkiego, a zarazem rozgrzewającego. Ale warto mieć w domu coś co się szybko nie zepsuje i można sięgnąć po to, kiedy ma się tylko ochotę. Mowa oczywiście o dżemach. Mi najlepiej smakują z twarogiem. Ulubionym dżemem mojej rodziny jest dżem morelowy. Ostatnio stwierdziłam, że warto standardowy przepis troszkę udoskonalić. Fenomenalnie pasuje do ciepłej filiżanki herbaty.

Dżem morelowy

- 2kg moreli
- około 0,5 kg cukru
- sok z 1-2 cytryn
- łyżka startego imbiru
- pół szklanki wody

Morele powinny być dojrzałe, ale niezbyt miękkie. Kroimy je na ćwiartki, usuwając pestki. Do garnka wlewamy wodę i przesypujemy morele. Gotujemy. Kiedy zaczną puszczać sok, dosypujemy cukier, dodajemy sok z cytryny i imbir. Gotujemy około 40 minut aż morele zaczną się rozpadać, pamiętając by mieszać od czasu do czasu, żeby się nie przypaliły. Gorące konfitury przekładamy do słoików, zakręcamy i stawiamy do góry dnem, zostawiając do ostygnięcia. Gorące przetwory same się wekują w ten sposób. Oczywiście zamiast zwykłego cukru możemy użyć cukru żelującego, wtedy należy dodać go tyle ile jest podane w przepisie na opakowaniu. Kwestia dodatku imbiru jest też sprawą indywidualną. Ja dodaję około łyżki, ale należy pamiętać, że imbir ma dość specyficzny smak i najlepiej spróbować w trakcie robienia, czy dżem nie jest zbyt ostry.

Smacznego!